Jedź, zwiedź i… naucz się islandzkiego na Islandii

unnamed (7)
W niedzielę 26 marca w grochowskiej Kici Koci odbyło się kolejne spotkanie z cyklu Jedź, zwiedź i… Bohaterem był Przemek Czarnecki, jedyny w Polsce lektor języka staro- i nowoislandzkiego, wykładowca z Katedry Skandynawistyki UAM w Poznaniu i SWPS w Warszawie.  Na uniwersytecie w Reykjaviku ukończył kurs języka islandzkiego dla obcokrajowców.
unnamed (6)
Wystąpienie było próbą odpowiedzi na pytanie: czy islandzki jest trudny? – Powiedziałbym, że z języków germańskich jest gorszy od niemieckiego. Wszystko odmienia się przez wszystko – stwierdził na wstępie Przemek. Co sprawia trudność? Po pierwsze – gramatyka. Deklinacja może na początku rzeczywiście zdziwić, np. rzeczownik “kot” ma siedem różnych form, których trzeba się nauczyć, bo są nieprzewidywalne (niektóre rzeczowniki mają i po osiem). Wśród języków germańskich to najszersza odmiana tego rzeczownika).
17504621_780640878752887_1616734019933510604_o
Po drugie, charakterystyczną cechą islandzkiego jest puryzm językowy. Islandczycy dążą do tego, aby wyeliminować zapożyczenia z angielskiego.  Odkurza się stare słowa z języka wikingów i wykorzystuje z delikatną zmianą znaczenia, jak np. w przypadku rzeczownika sima (telefon).
unnamed (3)
Po trzecie: neologizmy. Publiczność wzięła nawet udział w zabawie w odczytywanie neologizmów islandzkich. Z drobną lektorską pomocą udało się odgadnąć znaczenie wszystkich słów z listy!
Tworzenie neologizmów to na Islandii rodzaj hobby narodowego. Ogłasza się plebiscyt na nazwanie nowego przedmiotu/zjawiska, a następnie Rada Języka wybiera najtrafniejszą propozycję.
Przemek podkreślił, że hermetyczne słownictwo i skomplikowana gramatyka to w nauce wyzwanie, ale i satysfakcja. Sam przyjechał na Islandię, znając już staroislandzki i nie miał problemu, żeby porozumieć się w nowoislandzkim. Wystarczyło tylko douczyć się leksyki.
Na miejscu dostał jednak zakwaterowanie w domu studenta “Stary gród”, gdzie byli sami obcokrajowcy, więc przez kilka miesięcy na co dzień rozmawiał tylko po angielsku. Za to już na studiach wszystkie zajęcia były wyłącznie po islandzku i nawet rozszyfrowanie nazw niektórych przedmiotów stanowiło początkowo problem.
unnamed (1)
Poza murami uczelni zachęcenie Islandczyków do rozmowy w rodzimym języku nie idzie zbyt dobrze. Dla obcokrajowca rozmowa po islandzku z Islandczykiem to niełatwe zadanie (na co zwracał już uwagę Julek podczas poprzedniego spotkania “Jedź, zwiedź i studiuj na Islandii“). Na początek musi odpowiedzieć na pełne zdziwienia pytanie “Po co uczysz się islandzkiego?!”. Potem stawić jakoś czoła temu, że Islandczycy są przeczuleni na punkcie poprawności językowej. W końcu “Im poprawniejszy islandzki, tym czyściejsza dusza ludzka”, jak mawiał pewien pastor na wyspie. Kiedy tylko Islandczyk usłyszy błąd z ust obcokrajowca, natychmiast przechodzi na angielski. Za to jeśli poziom islandzkiego go zadowoli, nie będzie już chciał rozmawiać w żadnym innym języku.
unnamed (4)
Podczas gdy z jednej strony w ciągu ostatnich lat rządowe finansowanie dla instytucji uczących obcokrajowców islandzkiego zostało zmniejszone, z drugiej strony oczekuje się, że Polak czy inny przyjezdny będzie jednak mówił po islandzku. W końcu to kraj, gdzie ojczysty język stanowi podstawowy składnik kultury i przywiązanie do niego jest bardzo duże. Cytaty z sag islandzkich są na wyspie bardziej popularne niż te z Biblii. Można je znaleźć nawet na kartonach z mlekiem, na zmianę z odmianą rzeczownika.
Ale poza specyficznym podejściem do prób komunikacji w narodowym języku, trudność nawiązania kontaktu z Islandczykami to zdaniem Przemka krzywdzący stereotyp. Z mieszkańcami można nawet zawrzeć serdeczne przyjaźnie (większość obcokrajowców osiąga to wykorzystując jednak język angielski).
Na koniec w luźnej atmosferze i przy wybuchach śmiechu Przemek odpowiadał na pytania licznie zgromadzonej publiki. Mogliśmy się dowiedzieć m.in., że w języku islandzkim nie ma różnic pokoleniowych, nie występuje nawet pojęcie “slang”. Młodzi Islandczycy używają języka tak jak starzy. Poza tym często zawieszają się przy mówieniu, stosują przerywniki w wypowiedzi, np hepna.

Poza dumą z własnego języka Islandczycy są przekonani, że dobrze mówią także po angielsku. Chociaż tu ich wymowa bywa śmieszna, bo przenoszą z islandzkiego perspiracje, np. w słowie “happy”.Warto też wiedzieć, że w islandzkim nie ma w ogóle formy grzecznościowej, mówi się do siebie po imieniu. A propos imion – na Islandii weszła ustawa liberalizująca tę kwestię. Obecnie obcokrajowiec powinien mieć już nie wyłącznie, a przynajmniej jedno imię islandzkie, czyli np. Polak może zachować dwa imiona: swoje polskie i islandzkie.

Pojawił się też wątek współpracy uniwersyteckiej między Polską a Islandią. Zainteresowanych podjęciem wyzwania, jakim jest opanowanie tego języka, może zasmucić informacja, że staroislandzkiego można uczyć się w Polsce tylko na dwóch uniwersytetach: UAM w Poznaniu i SWPS w Warszawie. Za to kraje takie jak Rosja, Kanada czy USA mają silną islandystykę na uniwersytetach. Na szczęście w Polsce powstają szkoły prywatne, jak np. niedawno otwarta warszawska Stacja Północ czy starsze Centrum Języka Islandzkiego w Krakowie.
Wieczór zakończyliśmy w odrobinie rozszerzonym klubowym gronie, organizując po raz trzeci nasz seans filmowy.  Tym razem z dramatem “Anioły Wszechświata” Fridrikssona.
Polecamy zarówno filmy islandzkie, jak i kolejne spotkania naszej serii “Jedź, zwiedź i… na Islandii”!

Zdobądź wejściówki na koncert Maniego!

Przyszedł już marzec, zbliża się wiosna, a wraz z nią polska trasa koncertowa Maniego Orrasona. Mamy przyjemność patronować jego występom w Polsce, co daje nam możliwość wręczenia Wam podwójnych wejściówek na koncerty w Poznaniu i Krakowie!

Soundvíks foto.

Klub Alchemias foto.

Jak je zdobyć? Wystarczy wziąć udział w naszym konkursie!

Mani Orrason to islandzki artysta, ale jego drugim domem jest inny kraj europejski. Jaki? Czy znasz jeszcze jakieś inne postaci/wydarzenia łączące Islandię z tym krajem? Na najciekawsze odpowiedzi (może zaskoczycie nas czymś, o czym nie wiedzieliśmy?) czekamy do 17 marca! Wpisujcie je w komentarzach pod postem na Facebooku dotyczącym konkursu z dopiskiem [POZNAŃ] lub [KRAKÓW] w zależności od tego, który koncert Was interesuje.

Zwycięzców wyłonimy już 18 marca . Powodzenia!

Wielkie kino z małej wyspy

Wczoraj, w piątek 24 lutego mieliśmy okazję uczestniczyć w spotkaniu promującym książkę dr. Jakuba Sebastiana Konefała “Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność”, którego gośćmi byli sam autor oraz znany już nam bardzo dobrze dr Przemysław Czarnecki.

16990722_767189276762717_1892478929_o

Spotkanie odbyło się w Księgarni Czarnego, w niewielkiej sali, którą nietrudno było wypełnić fanami kina islandzkiego. Punktem wyjścia do rozmowy o kinie islandzkim była oczywiście wspomniana książka, jednak dr Jakub Sebastian Konefał – skutecznie prowokowany przez dra Przemysława Czarneckiego oraz publiczność – opowiadał również o okolicznościach jej napisania oraz różnych anegdotach z udziałem islandzkich aktorów i reżyserów. Jednym z największych zaskoczeń podczas spotkania okazało się wyznanie, że Islandczycy niekoniecznie lubią swoje kino i nie dbają też o badania nad nim. Choć kino islandzkie zyskuje sobie fanów nie tylko w Polsce, a aktorzy i reżyserzy z Wyspy coraz śmielej stawiają pierwsze kroki w Hollywood, jak dotąd nie powstało żadne pełne kompendium wiedzy na temat islandzkiej kinematografii napisane przez Islandczyka. Tym samym pozycja dra Konefała jest pierwszym takim opracowaniem na świecie.

Zapytany o cechy wyróżniające kino islandzkie, dr Konefał użył sformułowania “nostalgiczna izolacja”. Z pewnością obeznani z filmami z Wyspy kinomani zdążyli już wyrobić sobie swego rodzaju przekonanie, że Islandczycy powielają kilka schematów, a mimo to – a być może właśnie dlatego – nie mają problemów z produkcją kilku obrazów rocznie. Za spisem treści książki “Kino Islandii…” moglibyśmy bowiem wyodrębnić w kinematografii islandzkiej produkcje związane z życiem na morzu, motyw Islandczyka zamieszkującego daleką wieś, “konflikt” między peryferią a stolicą lub między młodym a starym pokoleniem, oraz skutki amerykanizacji islandzkiego społeczeństwa. Na pytanie o to, jaka jest właściwie filmowa Islandia, gość odpowiedział, że z pewnością inna od tej prawdziwej. Realizatorzy z powodzeniem przedstawiają nam wyspę pełną desperatów i dziwaków na tle pięknych krajobrazów (nierzadko “sprzedawanych” hollywoodzkim scenografom, co w znacznym stopniu finansuje potem rodzime produkcje), ale czy Islandczycy są tacy na co dzień? Być może to, co łączy “prawdziwych” wyspiarzy od tych ze srebrnego ekranu, to czarny humor i umiejętność żartowania z siebie samych.

W jaki sposób powstawała książka? Dr Konefał to filmoznawca, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego. W 2010 roku udał się na pierwsze stypendium naukowe do Islandii, potem wielokrotnie tam wracał. Choć promotorzy i koledzy sceptycznie odnosili się do pomysłu napisania książki o kinie islandzkim (“A jakie oni niby filmy kręcą?”), a chaotyczne zbiory Filmoteki Islandzkiej nie ułatwiały pracy, kilkusetstronicowe dzieło końcowe jest imponujące i z pewnością wypełnia lukę w badaniach skandynawistycznych, a ze względu na przystępny język może stanowić lekturę dla mniej lub bardziej wtajemniczonego kinomana.

Po inspirującej rozmowie, w którą zaangażowała się również publiczność – głównie wypowiadając się na temat poszczególnych filmów – autor podpisywał książki wszystkim zainteresowanym. Członkowie Studenckiego Klubu Islandzkiego mieli okazję kontynuować rozmowę z gośćmi już po oficjalnym spotkaniu; w kameralnym gronie dr Konefał przywoływał jeszcze ciekawsze wspomnienia z pobytu na Wyspie i współpracy z przedstawicielami islandzkiej kinematografii.

Bardzo dziękujemy za znakomite spotkanie oraz miły wieczór!

Jak wkurzyć Islandczyka?

bez-tytulu

Ostatnio znaleźliśmy w Internecie mapę z przykładami zdań, które z pewnością wkurzyłyby mieszkańców poszczególnych państw europejskich. Nie było propozycji islandzkiej, dlatego postanowiliśmy zapytać o to internautów śledzących nasz profil na Facebooku. Padło wiele ciekawych propozycji, w tym między innymi “A macie normalne konie czy tylko te kucyki?” lub “So what language do you speak?”.

Za najlepszą propozycję uznano jednak propozycję Aleksandry Onuszko: “A to w ogóle Twoje dzieci skoro mają inne nazwisko niż Ty?”,  tym samym Aleksandra otrzymuje od nas w prezencie walentynkową torbę z maskonurem.

Postanowiliśmy jeszcze wynagrodzić laureatów drugiego i trzeciego miejsca zestawem Klubowych naklejek. Srebrna propozycja pochodzi od Kamili Szafrańskiej i brzmi “”Ale wy chyba nie wierzycie w te elfy tak na poważnie?”, natomiast brąz otrzymuje Kasia Budzińska za “Can you say again how you pronounce the name of this volcano that erupted few years ago?”.

Gratulujemy wszystkim zwycięzcom! Poniżej zamieszczamy fragment niezwykle interesującego artykułu na temat języka islandzkiego, którego autorem jest bliski Klubowi dr Przemysław Czarnecki. Z niego dowiecie się, dlaczego pytanie zaproponowane przez Aleksandrę mogłoby rzeczywiście wkurzyć Islandczyków 😉

Niedźwiedź syn Wilka

Charakterystyczne dla Islandczyków jest posługiwanie się na co dzień imieniem (bądź imionami), a nie nazwiskiem. Nie jest to w islandzkim bynajmniej zjawisko nowe, lecz mające wielowiekową tradycję. Czytelnik staroislandzkich sag dość łatwo może zabłądzić w gęstym lesie drzew genealogicznych ich bohaterów, wśród których pojawia się niekiedy kilka osób o tym samym imieniu. Odróżnia ich jednakże pochodzenie rodowe, a ściślej mówiąc imię ojca lub matki. Islandzkie patronimika, czyli imiona ojcowskie, oraz rzadziej marytonimika, czyli imiona pochodzące od imienia matki, tworzone są według prostej zasady: imię ojca lub matki (w dopełniaczu l. poj.) łączy się ze słowem -son u chłopców lub -dóttir u dziewcząt. I tak Silja Aðalsteinsdóttir to kobieta, która jest córką mężczyzny o imieniu Aðalsteinn, zaś Björn Úlfsson to syn Úlfura, a w tłumaczeniu na polski Niedźwiedź syn Wilka. Co ciekawe, gdyby Silja została żoną Björna, to i tak przedstawiać się będzie jako córka  Aðalsteinna, a nie żona Björna. Tym samym w rodzinie Silji i Björna pojawić się może kilka różnych “nazwisk”, na przykład gdy spośród pięciorga ich dzieci trzech synów postanowi identyfikować się z ojcem, a czwarty syn oraz córka z matką. Trzej synowie nazywać się więc będą Björnsson, jeden Siljuson, a córka Siljudóttir. Także islandzkie książki telefoniczne ułożone są według imion, a nie nazwisk, a w razie potrzeby ludzie o tych samych imionach odróżniani są od siebie na przykład poprzez dodanie w spisie abonentów ich profesji lub stanowiska, na przykład Kristján Árnason prófessor w odróżnieniu od Kristján Árnason bókmenntafræðingur (‘literaturoznawca’).

(fragment artykułu dr. Przemysława Czarneckiego pt. “O języku islandzkim” [w:] red. R. Chymkowski, W. K. Pessel, Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze, Warszawa, 2009)

Weźmy pod uwagę, że podważanie ojcostwa dzieci wynikające z braku tego samego nazwiska to jedno, ale jak na Islandii udowodnić swoje małżeństwo? 😉

 

Jedź, zwiedź i studiuj na Islandii

9 lutego w grochowskiej kawiarni Kicia Kocia odbyło się drugie spotkanie cyklu “Jedź, zwiedź i…”. Poświęciliśmy je tematowi studiowania na Islandii (konkretnie w Reykjaviku) w ramach wymiany międzyuniwersyteckiej. O tym opowiedział Julek Podgórski, geograf, który parę lat temu jako student spędził na Islandii 4 miesiące semestru zimowego na jednej z 10 islandzkich uczelni. Islandia jest częścią programu  Erasmus, choć, jak zwrócił uwagę Julek,  w ramach międzyuczelnianej umowy najłatwiej jest wyjechać lingwistom, geologom i humanistom. I tu drobna uwaga: informacje o takiej wymianie szybciej odnaleźć na stronach uczelni islandzkiej niż polskiej.

unnamed-1

Julek zaczął od opowiedzenia ogólnie, o tym ile i o jakim profilu jest uniwersytetów na wyspie, o podobieństwach i różnicach między studiami w Polsce i na Islandii. Do podobieństw zaliczył organizację zajęć,a jaką jedną z ważniejszych różnic wskazał dużo większą liczbę przedmiotów po angielsku dla Erasmusów i większą indywidualizację studiów (terminy dostosowane do studenta). Ujęło go to, jak uniwersytet jest połączony z innymi instytucjami, jak szerokie ma kontakty (daje studentom na przykład możliwość wstępu na konferencje Artic Circle). Ale również to,  że islandzki system usos nazywa się “sowa” i fakt, że biblioteka uniwersytecka jest największa biblioteką w kraju.

sowa

Minusem może być to, że trudno nawiązać znajomości z lokalsami. Dużo więcej rodzi się nieislandzskich przyjaźni. Nie pomogło  ani uczestnictwo w chórze studenckim ani uczelniane wycieczki za miasto (Islandczycy oddzielali się od reszty grupy). Ponadto Islandczyk, kiedy tylko zorientuje się, że ma do czynienia z obcokrajowcem, od razu przechodzi na angielski, nawet jeśli rozmowa zaczęła się po islandzku. Chcąc poćwiczyć rozmowę w języku, trzeba o tym wprost powiedzieć. Przestrogą dla imprezujących studentów z wymiany są ceny alkoholu. Pewnym ratunkiem są happy hours i aplikacja podpowiadająca gdzie w okolicy i kiedy można z nich skorzystać. Sam Reykjavik jest dobrym miejscem na rozrywkę: mały, a jednocześnie mieści dużo pubów, więc w weekend centrum przypomina jedną wielką imprezę. Dużo wydarzeń dla studentów organizuje ESN Iceland, ale “imprezą ostateczną” jest festiwal Iceland Airwaves, rozgrywający się w różnych miejscach w mieście i nie tylko wieczorami.

Jak radzi sobie z mieszkaniem student z wymiany? Mieszkanie Julka (bardzo male, ale ciepłe)  było zdobyte na własną rękę. Studenci w prawdzie dostają zestawienie z dostępnymi mieszkaniami, które można wynająć, ale na wysłanego e-maila odpowiedziały… dwa miejsca (spróbujcie więc kontaktować się telefonicznie:)) Wygląda na to, że uczelnia  nie zadbała o aktualną bazę, więc mieszkania lepiej szukać samodzielnie. Niestety ich dostępność się kurczy: wiele mieszkań jest zajętych lub nie są dłużej wynajmowane studentom (nie są to w końcu najbardziej opłacalni lokatorzy).

Julek zachwalał Reykjavik jako miejsce do mieszkania. Jest bezpieczny (zgubiony portfel został szybko zwrócony przez uczciwą Islandkę), przyjazny urbanistycznie, zielony (uniwersytet mieści się w rezerwacie). Można zaoszczędzić na transporcie, przemieszczając się na piechotę. Jest katedra gotycka, deptak, pchli market, a nawet podświetlany most (jak na europejskie miasto przystało!:)). Czasem tylko Islandczykom nie wychodzi planowanie i np. nie przewidzą szatni budynku. A wszyscy wiemy, jaka potrafi być tamtejsza pogoda (z drugiej strony wpadli na pomysł samozwijających się przydrożnych plakatów w czasie wiatru). Nadrabiają za to dystansem i poczuciem humoru, które można zaobserwować też w przestrzeni publicznej. Przykładem może być plan kampusu z zaznaczonym oddalonym miejscem i (bardzo praktyczną) informacją, że można dojść tam w… 22 godziny na piechotę. Swoje uroki ma też pobyt w semestrze zimowym –  miasto wygląda jak wioska św. Mikołaja.

Dla tęskniących za polskimi słodyczami: Prince Polo jest do kupienia wszędzie. Dosłownie – wszędzie, gdzie odbywa się sprzedaż czegokolwiek.

Julek zwrócił także uwagę na to, że studiujący na miejscu zwiedzają kraj inaczej niż studenci-turyści. Polecił korzystanie z badawczych wycieczek terenowych (nawet parodniowych) organizowanych w ramach przedmiotów geograficznych czy np. chemicznych. Z reguły odbywają się one w okolicach mało znanych wśród turystów. Z kolei dzięki pytaniom z widowni można było się dowiedzieć, jak Julek ocenia sam poziom studiów na Islandii: w porównaniu ze Szwecją – dobry, zaś w porównywaniu z Polską – wręcz fantastyczny.  Nie oszczędza się na sprzętach i narzędziach, grupy są nieduże (maks. 25 osób), na poziomie magisterskim organizacja nauki jest bardziej indywidualna, przeważają prezentacje i eseje. Przy czym Erasmusi nie mają żadnej taryfy ulgowej, są traktowani na równi z resztą studentów. Pojawiło się też pytanie o dorabianie w czasie studiów: praca zarobkowa cieszy się większą popularnością wśród miejscowych studentów, choć i Erasmusi nie mieliby zapewne trudności ze znalezieniem odpowiedniej okazji. Osoby zainteresowane pozastudencką aktywnością mogą też łatwo skorzystać z wolontariatu.

Ostatnią część wieczoru poświęciliśmy na spotkanie w gronie członków klubu, w trakcie którego wyłoniliśmy nowy (stary) zarząd i omówiliśmy plany, m.in.to, kiedy będziemy mogli zaprosić na kolejne spotkanie z cyklu “Jedź, zwiedź i… “;)

Mani Orrason w Polsce

mani-orrason-cover

Mamy wielką przyjemność poinformować Was, że objęliśmy patronatem trasę koncertową młodego i zdolnego artysty z Islandii, Maniego Orrasona!

Oto informacje o artyście z oficjalnej noty prasowej:

Mani Orrason to singer-songwriter i muzyk, urodzony w Islandii 24 grudnia 1997 roku. Swój debiut wydał w kwietniu 2015 roku w znanym islandzkim wydawnictwie Record Records. Mani, po raz pierwszy pojawił się na islandzkiej scenie z singlem „Fed All My Days”, który szybko trafił na szczyt islandzkiej listy przebojów, będąc tam przez kolejne 2 tygodnie. Tego samego roku, Mani został nominowany do tytułów: „Najlepszy debiutant roku” oraz „Najlepszy teledysk roku” w corocznym plebiscycie słuchaczy na Islandii. Mani przeprowadził się do Hiszpanii wraz z rodziną w wieku 3 lat. W wieku 10 lat, rodzice zadecydowali, by powrócić na Islandię na kilka kolejnych lat bowiem Mani i jego rodzeństwo prawie w ogóle nie mówiło po islandzku. Jego pierwszym instrumentem okazała się tuba, którą jednak szybko zamienił na gitarę zaraz po obejrzeniu nagrania The Beatles występujących na Shea Stadium. Założył punkowo-rockową kapelę wraz z przyjaciółmi z którymi żył na farmie w południowej części wyspy. Mani zaczął pisać własne piosenki, decydując się również na występ w Icelandic Music Experiments. Muzyk miał wtedy 12 lat… Niedługo po tym, Mani i jego rodzina powróciła do Hiszpanii. Wtedy artysta na dobre zaczął słuchać muzyków takich jak Neil Young, Bob Dylan, Springsteen oraz oczywiście wspomnianych wcześniej The Beatles, którzy mieli bezpośredni wpływ na jego twórczość. W wieku 15 lat, Mani napisał, nagrał i wyprodukował samodzielnie swój pierwszy album w domu, grając na każdym instrumencie. Kiedy płyta została ukończona, Mani poleciał do Islandii by zakończyć mix’y w Sytland Studios. Później przyszło Maniemu kontaktować się z każdym wydawnictwem na wyspie, co finalnie zakończyło się kontraktem z Record Records. Po sukcesie jego debiutanckiego albumu, Mani Orrason odbył dużą trasę po Islandii i Niemczech, występując zarówno solo, jak i z zespołem. Muzyk w tym roku, we wrześniu wydał w Niemczech Epkę, co wiązało się również z zagraniem kilku koncertów promocyjnych w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i oczywiście na Islandii. W 2017 roku artysta planuje wydać kolejny album. W Marcu tego samego roku – Mani Orrason po raz pierwszy wystąpi w Polsce, prezentując swoją twórczość w solowej, akustycznej odsłonie!

Jego muzyki będziecie mogli posłuchać aż na pięciu koncertach w Polsce!

22.03, Klubokawiarnia Meskalina, Poznań

23.03, Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Kleszczewie, Kleszczewo

24.03, Klubokawiarnia Aquarium, Bielsko-Biała

25.03, Klub Alchemia, Kraków

26.03, Spóźniony Słowik, Nowy Sącz

Organizacją trasy koncertowej zajmuje się Soundvík.

W poszukiwaniu białych nocy

Ponad 100 lat temu parowiec “Oceana” wyruszył w letnią podróż po Morzu Norweskim. Zawinął do portu w Norwegii, na Wyspach Owczych, Spitsbergenie i Islandii.  Pasażerowie tego statku, a także widoki, jakie mogli podziwiać, ciesząc się białymi nocami, zostały uwiecznione na fotografiach stereoskopowych z lat 1905-1908.  Wystawa w Fotoplastikonie Warszawskim daje szansę obejrzenia tych zdjęć i tym samym odbycia podróży w czasie, po dalekiej północy.

Na wernisażu wystawy “W poszukiwaniu białych nocy” (31 stycznia) zjawił się m.in. ambasador Norwegii Karsten Klepsvik, honorowy konsul Islandii Bogusław Szemioth, przedstawiciel Towarzystwa Polsko-Norweskiego Dariusz Geller i oczywiście my – członkowie SKI. Była to więc doskonała do spotkania towarzyskiego i wymiany uwag niemal “na szczycie”;-)

16426325_752945324853779_510297820_n

Jak się okazuje, norweskie fiordy, farerskie wioski rybackie czy niektóre części Reykjaviku, nie zmieniły się tak bardzo w ciągu przeszło stulecia. To miejsca wciąż świetnie rozpoznawalne. Z punktu widzenia współczesnego widza szczególnie urzeka fragment dawnej rzeczywistości, jaki można zaobserwować: stroje (zwłaszcza eleganckie suknie kobiece), praca przy rybach w porcie, czyszczenie ubrań w gorących źródłach, ruch na ulicach miast i wsi, domki, które w większości stoją w tamtych miejscach do dzisiaj.

Fotografie mają niesamowity klimat, są idealnie zachowane i z pewnością nieczęsto można oglądać podobne zapisy z przeszłości – i to przez stereoskop. Polecamy wybranie się w tę podróż! Wystawa trwa do 25 lutego.

unnamed-1unnamed-2unnamed-3unnamed-416425833_742996009184041_5497779433009407827_n