Podróż do wnętrza ziemi

dav

Co zrobić z pierwszym naprawdę ciepłym, słonecznym dniem na Islandii? Jeśli ma się dużo szczęścia i możliwości, a do tego jest się akurat na północy, w Akureyri, można przeżyć przygodę życia. Nie ma to jak wykorzystać taką letnią pogodę na wejście do wnętrza ziemi, gdzie temperatura nie przekracza 0 stopni 😉

Dzięki Guide to Iceland miałam dzisiaj okazję wziąć udział w niesamowitej wycieczce. Po nocnej i bardzo intensywnej podróży z Reykjaviku do Akureyri, wczesnym rankiem wybrałam się do centrum tego pięknego miasta na umówioną wycieczkę. Już od 7 świeciło piękne słońce, a pogoda zapowiadała się cudowna, a ja musiałam to jakoś znieść w dwóch polarach i pożyczonych spodniach narciarskich. O 8 podjechał po mnie samochód, którego sympatyczny kierowca (z kilkoma zmianami planów, w tym powrotem do miasta i nieplanowanym zajazdem na lotnisko) zawiózł mnie w okolice jeziora Mývatn, oddalonego jakąś godzinę drogi od Akureyri. Powitała mnie przepiękna błękitna tafla tego słynnego akwenu, który – choć w takie dni jak ten aż prosi się, aby dać w niego nura – jest zgodnie z prawem niedostępny dla ludzi. Na szczęście nikt nie zabrania na niego patrzeć. No, może muszki, które faktycznie mogą ukrócić radość z przebywania w okolicy jeziora.

IMG_20170722_135846

Na parkingu (który jest jednocześnie stacją benzynową, myjnią samochodową, supermarketem, centrum turystycznym i publiczną toaletą) przesiadłam się, wraz z dwiema rodzinami Holendrów, do wielkiego Monster Trucka. Jak się okazało, jego kierowcą był kuzyn mojego kierowcy z Akureyri, a potem zająć miał się nami następny przewodnik, również członek rodziny. Wkrótce miałam się też dowiedzieć, że rodzina ta ma bardzo długą historię (jej korzenie sięgają aż norweskich osadników) i jest w posiadaniu większości ziem w okolicy Mývatn. Tym samym współcześni wikingowie nie byli tylko naszymi przewodnikami, ale też gospodarzami. Jako właściciele jaskini, do której się zbliżaliśmy, mieli wyłączność na jej eksploatowanie, jednak z typowo islandzkim podejściem robili to zgodnie z naturą – do jaskini mogło w jednym czasie wejść maksymalnie 10 osób, nie można było niczego dotykać ani wynosić. Co oczywiste, cud natury okazał się także świetną maszynką do zarabiania pieniędzy.

dav

Zjechaliśmy z utwierdzonej drogi na off-road (oznaczone na mapach literą F, można się po nich poruszać wyłącznie odpowiednimi samochodami, a nasz Monster Truck zdecydowanie do nich należał: przejechanie głębokiej kałuży poszło jak bułka z masłem), na którym natchnęliśmy się na dwa obce samochody. I tu znowu wyszła na jaw islandzka gościnność: nasz kierowca nie był zły na nieoczekiwanych gości, powiedział im, że oczywiście mogą tędy przyjechać, ale do jaskini niestety nie dostaną się na własną rękę. Przepraszał ich za to i zaproponował duży rabat na wycieczkę, byleby ich tylko nie urazić. Niemieccy turyści mieli się zastanowić, ale chyba jednak się rozmyślili.

dav

Niech żałują! Po długiej drodze pełnej wstrząsów i żółtego pyłu (ale też pięknych widoków!), wysiedliśmy w samym środku lawowej polany i resztę drogi musieliśmy przejść pieszo. Pogoda była odpowiednia, a widoki niepowtarzalne: widzieliśmy jeden z niewielu NATURALNYCH lasów, złożonych ze skarłowaciałych brzóz, a na horyzoncie majaczył piękny krater Hverfjall, który – zgodnie z informacjami przekazanymi nam przez przewodników – powstał zaledwie w 48h! Dzięki aktywności tektonicznej otworzyła się również nasza jaskinia; została odkryta w latach 80., ale dopiero od niedawna można ją zwiedzać z przewodnikami.

IMG_20170722_131112.jpg

Po dotarciu do małej przyczepy (nie wiadomo, w jaki sposób dowieziono ją na tę lawową pustynię), otrzymaliśmy odpowiedni ekwipunek: kalosze i kask z latarką. Wraz z ciepłą odzieżą były one niezbędne do odbycia podróży do wnętrza ziemi.

dav

Uprzedzono nas, że wejście do jaskini jest bardzo wąskie. Nie spodziewałam się jednak, że dosłownie trzeba się będzie przez nie przeciskać, nie: prześlizgać! Cała nasza podróż przez jaskinię (niezbyt głęboką, ale jednak trudną do przejścia) zajęła chyba z godzinę, głównie za sprawą konieczności mocowania się ze śliskim lodem i linami. Widoki i atmosfera całkowicie to jednak wynagrodziły: świecące stalagmity, błyszczące kryształki lodu na brzegach skał, dźwięk spadających kropel wody i ta wszechogarniająca ciemność, która faktycznie może kojarzyć się z wejściem do podziemi, do piekieł.

Nasz przewodnik, Bjarni, był naprawdę świetny. Podróż do wnętrza ziemi nie opierała się tylko na wysiłkowym przejściu przez lodową jaskinię, ale również podziwianie tego cudu natury. Bjarni podświetlał nam wybrane bryły lodu, tworząc niesamowitą atmosferę, a na koniec spaceru kazał nam po prostu wyłączyć latarki i pogrążyć się w ciemności, żeby w pełni wchłonąć jej klimat. Przenikliwy chłód i elfickie dźwięki wydobywane z stalagmitów, w które wpadały krople wody, to zdecydowanie uczucie, którego nie da się zarejestrować na zdjęciu ani filmiku. To trzeba po prostu przeżyć!

Jeśli ktoś z Was będzie miał kiedykolwiek chęć (na pewno!) i okazję, by przeżyć coś podobnego, poszukajcie wycieczki do lodowej jaskini Lofthellir na https://guidetoiceland.is/pl/najlepsze-wycieczki-na-islandii/jaskinia-lofthellir-z-myvatn. WARTO!

Emiliana Konopka/ utule_thule

“Pamięć o nich nie zaginie”

W Muzeum Morskim w Reykjaviku wciąż można jeszcze oglądać niewielką wystawę poświęconą pamięci członków załogi polskiego statku transportowego “SS Wigry”, którzy zginęli u brzegu Islandii dokładnie 75 lat temu, 15 stycznia 1942 roku. Ekspozycję przygotowało Stowarzyszenie Polonii Islandzkiej przy pomocy redakcji Iceland News Polska oraz władz Muzeum Miejskiego w Reykjaviku.

dav

Można tu obejrzeć model statku w skali 1:100, specjalnie przygotowany na wystawę, a także zdjęcia dokumentacyjne, poznać historię statku i dzieje jego załogi.

davdav

A historia ta jest naprawdę wzruszająca. Statek został zbudowany w jednej z angielskich stoczni w 1912 roku, a po wielokrotnym zmienianiu właściciela został zakupiony przez Bałtycką Spółkę Okrętową w 1939 roku. 23 maja 1939 roku otrzymał w Gdańsku polską banderę oraz nadano mu nazwę SS Wigry. Jako statek transportowy, pływał po wodach europejskich z różnymi towarami, a II wojna światowa zastała go w Antwerpii. Podczas wojny woził towary na północ; po raz pierwszy do Islandii wyruszył w maju 1941 z ładunkiem cementu.

dav

W grudniu 1941 roku SS Wigry po raz kolejny wyruszył z Anglii do Islandii. Kapitanem statku był Władysław Grabowski, a wraz z nim na statku znajdowało się jeszcze 26 osób. Okręt dotarł do Djupaviku z dostawą soli, w porcie załadowano mączkę śledziową. Po świętach Bożego Narodzenia obchodzonych w Islandii, 6 stycznia 1942 roku SS Wigry dołączyła do konwoju płynącego w kierunku Nowego Roku. Po 400 milach nastąpił silny sztorm (dziś nazywany wręcz sztormem stulecia), który zadecydował o powrocie do Reykjaviku. Awarie na pokładzie oraz silne fale uniemożliwiły dalszą podróż, ale też bezpieczne dopłynięcie do brzegów Islandii. 15 stycznia okręt znajdował się na wysokości Sandgerdi, ale załoga nie miała nadziei na osiągnięcie celu ze względu na złą widoczność i siłę sztormu.

dav

Kapitan Władysław Grabowski oraz kucharz Julian Caroll (Brytyjczyk) pozostali na pokładzie. Do szalupy udała się pozostała część załogi, jednak dwie zginęły wypadając za burtę. Po spuszczeniu łodzi na wodzę, wywróciła się ona do góry dnem, a przy jej ratowaniu wywróciła się po raz kolejny. 5-godzinne mocowanie się z falami doprowadziło do skrajnego wyczerpania i śmierci większości marynarzy, więc pozostałych 5 próbowało dopłynąć do brzegu wpław. Ostatecznie do plaży na półwyspie Syðra-Skógarnes dotarły trzy osoby, ale dwie przeżyły: Ludwik Smolski, II oficer oraz starszy marynarz Bragi Kristjansson, Islandczyk. 18-letni wówczas Bragi pobiegł resztkami sił do pobliskiej farmy i przyprowadził jej właściciela, który zabrał wyczerpanego Ludwika Smolskiego konno do wioski.

W ciągu następnych dni morze wyrzucało na brzeg martwe ciała. Zwłokami zajmowali się mieszkańcy okolicznych osad, jak czytamy, “zostały przez wodę odarte z obuwia i odzieży, dlatego siostra honorowego konsula Rzeczypospolitej Polskiej Finnbogi Kjartansona razem z sąsiadkami przez dwie doby szyła ubrania dla zmarłych.” Ciała zawieziono do Borganes, a uroczysty pogrzeb odbył się w katolickim kościele na wzgórzu Landakot. Jak podają źródła, ocalali Ludwik Smolski i Bragi Kristjansson nie byli w stanie brać udziału w uroczystościach pogrzebowych. Ciała pochowano na cmentarzu Fossvogur w Reykjaviku.

dav

Polonia Islandzka od lat czci pamięć zaginionych, szczególnie podczas listopadowego czuwania przy grobach. 27 maja tego roku, na 75. rocznicę katastrofy, odsłonięto pamiątkową tablicę w miejscu, do którego dotarli ocaleni. Podkreślano również zasługi farmera Kristjána Kristjánssona, który pomógł mężczyznom wyrzuconym na brzeg. Podczas uroczystości wrzucono również do morza 25 czerwonych róż, symbolizujących zmarłych w katastrofie.

Tą tablicą, jak również obecną wystawą, islandzka Polonia przywołuje wspomnienia katastrofy i sprawia, że pamięć o nich nie zaginie.

 

Jak stworzyć naród, czyli wizyta w Muzeum Narodowym Islandii

dav

Wystawa stała w Muzeum Narodowym Islandii w Reykjaviku nosi tytuł “Stworzenie Narodu. Dziedzictwo i historia Islandii”

Jeśli chcecie dowiedzieć się, kim naprawdę są Islandczycy i w jaki sposób budowała się ich tożsamość narodowa, na pewno warto odwiedzić Muzeum Narodowe Islandii w Reykjaviku. Zwiedzając główną wystawę Muzeum poznajemy, krok po kroku, wiek po wieku, historię Islandii oraz czynniki wpływające na jej rozwój. Dwupiętrowa ekspozycja pełna oryginalnych eksponatów przeczy powtarzanej w różnych opracowaniach tezie, że Islandczycy nie posiadają materialnej historii, a ich najważniejszym dziedzictwem są sagi i język, ponoć niezmienny od setek lat. Przemieszczając się z gabloty do gabloty oglądamy jednak wiele artefaktów archeologicznych, drobnych dzieł sztuki, obrazy i rzeźby, przedmioty codziennego użytku, ubrania, zabawki… Wszystko to stworzone rękami samych Islandczyków lub sprowadzone na Wyspę (lub raczej wykonane przez przybyłych tu artystów).

Ekspozycja podzielona jest na najważniejsze wydarzenia, a raczej związane z nim nazwy epok historii islandzkiej. Zaczynamy oczywiście chronologicznie, a więc od czasów osiedlenia Islandii, Landnámsöld (870-930). Do najciekawszych pamiątek tej epoki należą ręczne odpisy Księgi Islandczyków (Íslendingabók), a także zabytki archeologiczne: biżuteria, drobne narzędzia, resztki ubrań. Najbardziej rozpoznawalnym artefaktem jest jednak brązowa statuetka datowana na ok. 1000 rok, której temat wciąż nie jest ustalony przez badaczy. To Thor czy Chrystus? Postać w stożkowym nakryciu głowy trzyma bowiem przedmiot, który może być zarówno Mjölnirem, młotem boga niebios, ale przypomina także krzyż. Kompromisowa teoria głosi, że posążek jest przedstawieniem obu bóstw, świetną ilustracją politeizmu Islandczyków na początku ich dziejów.

IMG_20170716_133636_038.jpg

Po epoce osiedlenia naszedł czas sag, Söguöld (870-1030), o którym opowiadają XII- i XIII-wieczne sagi, a po nim równie chętnie wspominany przez Islandczyków okres pełnej autonomii, Þjóðveldisöld (930-1262), podczas której Islandia znacznie się rozwinęła. Rozwojowi nie przeszkadzały nawet wybuchy wulkanów, jak ten z 1104 roku, kiedy pył i magma tryskająca z Hekli przykryła niemal całkowicie dolinę Þjórsá, do dziś pokrytą lawą. Historię tego obszaru południowej Islandii można byłoby porównać do historii Pompejów; późniejsze prace archeologiczne odkryły wiele zakonserwowanych przez lawę stanowisk. Na wystawie prezentowane są znaleziska z doliny (zdjęcie poniżej), a także liczne artefakty niosące znamiona sztuki wikińskiej. Do ciekawych zabytków należą też pozostałości po produkcji vaðmál, surowej wełny, która do XIV wieku stanowiła główny towar eksportowy Islandczyków.

sdr

Niezaprzeczalnie istotnym wydarzeniem tej epoki było przyjęcie chrześcijaństwa, Kristnitaka (1000), wraz z którym na Islandię przybyły nowe zwyczaje, nowe budownictwo oraz nowe przedmioty. Okres początków chrześcijaństwa reprezentują przede wszystkim szczątki drewnianych kościołów z pięknie rzeźbionymi motywami roślinnymi i zwierzęcymi, a także romańskie figury świętych. Cennym zabytkiem jest Ufsakristur, krucyfiks wykonany z drewna brzozy, pochodzący z kościoła z Ufsa, datowany na 1200 rok.  Krzewienie chrześcijaństwa i związana z tym coraz silniejsza władza episkopatu (atedry w Hólar i Skálholt) to czas płacenia dziesięciny, Kirkjugoðaveldi (1097-1179), który w późniejszych czasach doprowadził do lokalnych sporów z biskupami – okres Staðamálin (1178-1275).

sdr

Po świetnych czasach niezależności, ale też wyjątkowo krwawych konfliktów między rodami, o których można czytać w sagach Snorriego Sturlusona , stąd epoka ta zwie się czasami Sturlungów, Sturlungaöld (1152-1262), Islandczycy weszli pod panowanie norweskie na mocy porozumienia podpisanego z królem Norwegii, Hakonem IV. Okres porozumienia jest ważnym zwrotem w dziejach Islandii, dlatego w dziejach wyróżnia się go (lata 1262-1264) jako czas Starego Porozumienia, Gamli sáttmáli. Pod panowaniem norweskim (1262–1380) Islandia rozwinęła eksport ryb – stąd wyróźnia się okres rybny – Fiskveiðaöld (1300-1550) oraz kontakty z krajami zachodnimi. W późniejszych dziejach wyróżnia się nawet okres angielski: Enska öldin (1400-1500) i niemiecki: Þýska öldin (1500-1600), a te wymiany handlowe przyniosły wiele ciekawych zabytków, takich jak XVI-wieczny kompas niemiecki lub hiszpański wykonany z kości.

img_20170716_141000.jpg

Islandzka historia nowożytna rozpoczyna się od przejścia pod panowanie duńskie (1380–1918). Pierwszy okres dotyczy przymusowego przyjęcia przez Islandczyków reformacji, Siðaskipti (1540-1550), kiedy to stracono biskupa Jóna Arasona i jego synów. W okresie tym pojawił się druk na Islandii i pierwszą książką wydrukowaną na Wyspie była Biblia (1530). Postacią związaną z rozwojem druku książek był biskup Hólar, Guðbrandur Þorláksson, którego wizerunki można oglądać w Muzeum oraz na banknocie 50-koronowym. Poza drukiem Biblii, biskup przyczynił się także do publikacji zbioru islandzkich praw, opartego o średniowieczne źródła, takie jak Grágás. Wraz z rozpowszechnieniem druku rozwijała się kultura, a okres ten nosi w islandzkiej periodyzacji miano Lærdómsöld (1550-1770).

dav

Dalej epokę panowania duńskiego można dzielić na okres absolutyzmu, Einveldi (1662-1871) oraz duńskiego monopolu gospodarczego, Einokunarverslun (1602-1787), kiedy to Islandczycy nie mogli handlować z innymi krajami. Równolegle wyróżnia się także okres palenia czarowników, Brennuöld (1654-1690) oraz wybuch Laki (1783–1785), który miał wpływ nie tylko na dzieje Islandii, jak i być może całej Europy (według niektórych historyków pyły wulkaniczne przyczyniły się do nieurodzaju na kontynencie, co miało być jednym z przyczynków do rewolucji francuskiej. Chmury wulkaniczne dotrzeć miały podobno nawet do Świdnicy). Epokę nowożytną zamyka islandzkie Oświecenie, Upplýsingaröld (1770-1830).

sdr

Natomiast za początek islandzkiej historii współczesnej uważa się pierwsze próby dążenia do niepodległości, Sjálfstæðisbarátta, których wynikiem było uzyskanie autonomii w 1918 roku, a potem pełnej niepodległości w 1944 (piszemy o tym przy okazji Islandzkiego Święta Narodowego, obchodzonego 17 czerwca na cześć Jóna Sigurðssona. Wystawa kontynuuje narrację aż do lat współczesnych, skupiając się już na zmianach społecznych i kulturowych, niż politycznych. Ostatnim elementem ekspozycji jest tasiemiec przedmiotów reprezentujących dane lata XX wieku. Wśród nich można odnaleźć modne gadżety, elementy stroju, islandzkie symbole narodowe, a nawet lalkę Barbie.

davdav

Jeśli więc nadal wątpicie w tzw. materialną historię Islandii, naprawdę zajrzyjcie do Muzeum Narodowego. Ekspozycji towarzyszą też wystawy czasowe; obecnie jest to “Islandia w świecie, świat w Islandii”, która opowiada między innymi o migracji na Islandii. Nie zabrakło też tematów polonijnych; na ścianie można było przeczytać także o jednym z naszych rodaków, Łukaszu Misiołku. Można więc powiedzieć, że wizyta w Muzeum daje pewnego rodzaju odpowiedź na to, jak stworzyć naród. A przynajmniej czym współczesny naród islandzki jest – to nie tylko rodowici Islandczycy, ale też imigranci. Przynajmniej mamy nadzieję, że takie było zamierzenie wystawy czasowej 😉

img_20170716_143912.jpg

 

Wizyta w reykjawickim skansenie

dav

IMG_20170714_155516.jpg

Jeśli ktoś chce poznać “prawdziwą” Islandię, powinien udać się do Árbæjarsafn, reykjawickiego skansenu, czy też: muzeum na otwartym powietrzu. Oddalony około 8 km od centrum Reykjaviku, kompleks w Árbær mieści przykłady architektury drewnianej niegdyś znajdującej się właśnie w środku miasta. Utworzone w 1957 roku muzeum położone jest w miejscu nieprzypadkowym; zachowała się tu bowiem część oryginalnej zabudowy, jeszcze przed założeniem muzeum traktowana jako atrakcja turystyczną, do której zajeżdżano po drodze do Reykjaviku. Farma, o której wzmianki pojawiają się już w XV wieku, a możliwe, że jest jeszcze starsza, pokryta charakterystyczną dla architektury wiejskiej darniną, obecnie przekształcona jest w ekspozycję prezentującą życie dawnych Islandczyków. W porze obiadowej można natknąć się na pracowników muzeum, którzy w kostiumach historycznych posilają się przy suto zastawionym stole. Kiedy zjedzą, wracają do swych (odwiecznych, można by rzec) zajęć, takich jak czesanie wełny, szczotkowanie suchej ryby czy szycie.

IMG_20170714_154846.jpg

Podobnie zaaranżowane są wnętrza pozostałych 20 budynków znajdujących się w muzeum. Przeniesione z Reykjaviku lub jego okolic, w większości zachowały oryginalną farbę i część wyposażenia, ale twórcy muzeum posiłkowali się wyobraźnią przy przygotowaniu wystaw stałych we wnętrzach. Każda odpowiadająca charakterowi budynku; mamy więc typowe chałupy wiejskie z izbą wypełnioną zapachem suszonej ryby i pomieszczeniem dla zwierząt, mamy kościół i plebanię, w której wystawa poświęcona jest islandzkim ślubom (a raczej – jak brzmi dosłowne tłumaczenie islandzkiego brúðkaup – kupowaniu żon), są też eleganckie domy z przełomu XIX i XX wieku i późniejsze, w których można doświadczyć warunków życia islandzkiej klasy średniej i elity. Są też domy dawnych rzemieślników, np. szewca, kowala, warsztat samochodowy…

Do tego wiele wnętrz stało się okazją do interesujących wystaw tematycznych; jedna z nich opowiada o technikach budowlanych, inna o roli kobiet w dawnym społeczeństwie islandzkim, prezentująca różnego rodzaju wytwory kobiecych rąk, które dorabiały sobie podczas gospodarzenia w domu. W skład muzeum wchodzi też np. domek skautów, najstarszy taki na Wyspie. Poza tym obecnie można zwiedzać dwie wystawy czasowe: poświęcone konsumpcji i rozwoju kultury popularnej na Islandii (bardzo ciekawe eksponaty!) oraz wystawa zabawek.

Fajną cechą tego miejsca jest fakt, że nie sprawia ono wrażenia “martwego” i nieautentycznego, co zdarza się niestety w wielu skansenach. Odgrywanie “ról” wychodzi pracownikom Árbæjarsafn bardzo wiarygodnie, a ekspozycje nie są przygotowane w sposób naiwny, ich twórcy nie oszukują nas, że dosłownie przed chwilą mieszkali tu Islandczycy połowy XX wieku. Owszem, na stole znajdziemy niedojedzone ciasteczka albo rozpakowaną sól w szafce w kuchni, ale to jedynie dodaje całości uroku. No i nie można zapomnieć o zwierzętach: latem można tu dokarmiać konie, owce i kury.

Piknik z Polka Bistro w Reykjaviku

Przebywająca od kilku dni w Reykjaviku Emiliana Konopka miała okazję wzięcia udziału w polonijnym wydarzeniu współorganizowanym przez Polka Bistro i Stowarzyszenie Polonii Islandzkiej. W niezwykle słoneczną niedzielę grupa Polaków mieszkających w stolicy Islandii miała szansę zebrać się w celu smakowania sztuki oraz polskiej kuchni. To drugie za sprawą Polka Bistro, jednodniowej restauracji pop-up, która przy różnych jednorazowych okazjach dopieszcza polskie (i islandzkie) żołądki domowymi specjałami. Tym razem, podczas pikniku w parku przy Muzeum Einara Jónssona, serwowano kiełbasę z grilla, wegetariańską pomidorówkę oraz szarlotkę.

Po lekturze “Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” byliśmy ciekawi, jak to z Polonią islandzką jest naprawdę. Już dwa lata temu zaprosiliśmy autorkę książki, dr Małgorzatę Budytę-Budzyńską na spotkanie, podczas którego próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie Jak żyje się Polakom na Islandii? W książce Budyta-Budzyńska analizuje proces integracji Polaków i ich asymilacji na Wyspie; ze względu na młody status islandzkiej Polonii oraz przede wszystkim dorobkowy lub zarobkowy charakter ich emigracji, wielu Polaków wcale nie odczuwa potrzeby poszukiwania kontaktu z rodakami na Wyspie. Najczęściej pozostają przy małych grupach, takich jak rodzina czy grupa przyjaciół, z którymi przyjechali, lub których ściągnęli na Wyspę. Bardzo trudno jest, szczególnie w przypadku imigrantów najświeższych, tj. przybyłych na Islandię w ostatnich latach, o zainteresowanie ich udziałem w polonijnych wydarzeniach. Organizacje i projekty animujące naszych rodaków na Wyspie nie cieszą się imponującym zaangażowaniem, a mimo to niektóre z nich działają na Islandii już od wielu lat. Jednym z takich ugrupowań jest właśnie Stowarzyszenie Polonii Islandzkiej, której obecnym prezesem jest Witold Bogdański,  przebywający na Wyspie od 32 lat.

IMG_20170709_143837.jpg

To właśnie dzięki panu Bogdańskiemu grupa zainteresowanych mogła wziąć udział w bezpłatnym oprowadzaniu po Muzeum Einara Jónssona. Jako licencjonowany przewodnik po Islandii, pan Witold wprowadził nas w historię miejsca, zwracając uwagę na to, że budynek Muzeum jest najstarszym w okolicy; gdy go budowano (1916 rok), nie było jeszcze ani pomnika Leifura Erikssona, ani słynnej Hallgrímskirkja, które dzisiaj są zdecydowanie bardziej charakterystycznymi punktami w centrum miasta. Sam budynek Muzeum był początkowo domem oraz pracownią artysty, który pod koniec swojego życia przekazał swój dobytek miastu.

W środku możemy zastać kolekcję gipsów w niemal niezmienionym układzie, czyli tak, jak pozostawił je artysta. Do zbiorów muzeum należą również obrazy, szkice i rysunki Einara Jónssona, a także fotografie dokumentujące zmieniający się krajobraz tej części Reykjaviku. Na uwagę zasługuje szczególnie najwyższe piętro, w którym zachowano część mieszkania artysty z umeblowaniem, biblioteką oraz świetnym widokiem na plac z pomnikiem Leifa Erikssona.

IMG_20170709_150158.jpg

Doskonałym uzupełnieniem kolekcji Muzeum jest zbiór brązowych rzeźb, których gipsowe modele oglądaliśmy w środku. Najsłynniejsze realizacje Einara Jónssona można oglądać również w innych punktach miasta; jego dłuta jest chociażby statua Ingólfra Arnarsona stojąca nieopodal Harpy, czy stojąca przy cmentarzu najsłynniejsza rzeźba artysty, Wyjęty spod prawa.

Po oprowadzaniu mieliśmy okazję zamienić parę słów z przewodnikiem, a także rozkoszować się piękną pogodą. Oczywiście w towarzystwie intrygujących rzeźb, przegryzając domowej roboty ciasta i popijając je polskim Tymbarkiem 😉

Dzień Islandzki 2017

Hæ hó jibbi jei, það er kominn sautjándi júní! Znacie te słowa? Rok temu podczas Dnia Islandzkiego usiłowaliśmy śpiewać hymn Islandii, bo wydawało nam się, że właśnie ten utwór świetnie pasuje do obchodów islandzkiego Święta Narodowego, przypadającego na 17 czerwca. Nic bardziej mylnego! Vaka, nasza lektora islandzkiego, wyprowadziła nas z błędu; najbardziej znaną (i lubianą) piosenką śpiewaną na tę okazję jest utwór Sautjándi Júní,  idealnie nadający się na marsz, który jest nieodłącznym elementem obchodów 17 czerwca.

I takim właśnie marszem rozpoczęliśmy nasze, nieco opóźnione, obchody Dnia Islandzkiego 25 czerwca 2017 roku. Z muzyką w głośnikach i flagą islandzką rozruszaliśmy przybyłych gości oraz całą okolicę Domków Fińskich, w których już po raz drugi mogliśmy świętować dzięki uprzejmości Towarzystwa Polska-Islandia. Ten, kto nie miał flagi lub stosownego stroju (a wielu przybyłych miało islandzkie akcenty w swoich strojach, od koszulek z flagą lub godłem Islandii po skarpetki z konturem Islandii!) mógł na miejscu namalować sobie na policzku coś pasującego do tej okazji 😉

Kolejnym punktem imprezy były krótkie warsztaty języka islandzkiego What part of Eyjafjallajökull you don’t understand? podczas których dzieliliśmy się wiedzą zdobytą podczas kursu języka islandzkiego w Stacji Północ. Wraz z Vaką zapoznaliśmy naszych gości z podstawowymi zwrotami oraz kilkoma zasadami wymowy, szczególnie dotyczącej nazwy wulkanu, który dał nazwę warsztatom 😉 Obecność Vaki była też okazją do zadania pytań o legendarne już wierzenia Islandczyków w elfy oraz zdementowanie kilku innych plotek i stereotypów dotyczących Wyspiarzy. Zresztą Vaka nie była w tym sama, bo w trakcie trwania warsztatów dołączyli do nas jeszcze dwaj Islandczycy mieszkający w Polsce: Styrmir i Örn. Dopełnieniem warsztatów były losy do loterii, na której znajdowały się różne śmieszne frazy po islandzku z polskim tłumaczeniem. Jak się okazało, wielu z naszych gości wydały się przydatne 😉

Styrmir i Örn przygotowali dla nas występ. Jak się okazało, panowie znają się od niedawna i poznali się przypadkiem – po prostu jeden rozpoznał w angielskim drugiego typowy islandzki akcent. Tak też rozpoczęła się ich znajomość na obczyźnie oraz pomysł wspólnego wystąpienia na naszym Dniu. A występ był szczególny, bo Styrmir i Örn wykorzystali nietypowe instrumenty oraz podkład muzyczny prezentując utwór, który w ten pogodny, słoneczny dzień przeniósł nas na chwilę na Islandię. Świst wiatru, dźwięki przypominające krzyki mew i szum morza, a także śpiew Styrmira, którego tekst – jak się potem okazało – był zapożyczony z prognozy pogody, razem stanowił kwintesencję islandzkiej pogody i jej wiecznej zmienności, która, jak określił Örn, jest dla Wyspiarzy jak mantra. My byliśmy zachwyceni!

Po krótkim koncercie miał miejsce quiz przygotowany dla nas przez Vakę. Do odpowiedzi na 15 naprawdę trudnych pytań (w tym również muzycznych) stanęli niemal wszyscy uczestnicy Dnia Islandzkiego, ale niestety wygrać mógł tylko jeden z nich. Po przeliczeniu punktów okazało się, że trzeba będzie zrobić dogrywkę na pierwsze miejsce. W ramach dogrywki dwóch delikwentów musiało wymienić jak najwięcej islandzkich miast w ciągu minuty. Wygrał Kuba Drzewiecki, a nagrodą – poza słodkościami – była zniżka na wybrany kurs w Stacji Północ. Gratulujemy Kubie, jak i pozostałym uczestnikom konkursu, bo pytania były naprawdę trudne 😉 Na szczęście na pocieszenie mogliśmy rozdać kilka naprawdę fajnych nagród w loterii. Były to między innymi książki oraz gadżety związane z Islandią.

Oficjalną część Dnia zamknął jeszcze jeden koncert, tym razem wystąpił nasz nowy członek, Tomek Kaleczyc. Zafascynowany Islandią, po dwukrotnym już odwiedzeniu Wyspy skomponował dwa utwory, które są jego własną interpretacją Islandii i pamiątką jego niezwykłych podróży. Jeden z nich, “Ultima Thule”, możecie posłuchać na YouTube! Tomek zagrał też cover piosenki Fleex Foxes, która towarzyszyła mu podczas jazdy islandzką Jedynką, a także drugi cover, którego oryginał mieliśmy zgadnąć. Był to “Hunter” Björk! Niespodzianką był też utwór “Kocham Cię jak Irlandię”, oczywiście z odpowiednio przekształconym tekstem 😀 Dźwięki gitary świetnie współgrały z zielenią i wyjątkową kameralną atmosferą tego miejsca. Dziękujemy Ci, Tomku, za ten ogromny wkład w Dzień Islandzki 😉

Choć podczas Dnia Islandzkiego cieszyliśmy i uszy, i oczy, zadbaliśmy też o to, aby zadowolić również Wasze kubki smakowe i napełnić Wasze brzuchy. Długoletnie pragnienie serwowania w Warszawie prawdziwych islandzkich hot-dogów wreszcie się spełniło! A to wszystko dzięki mamie Vaki, która przesłała nam niezbędny składnik: remúlaði, czyli sos, bez którego przysłowiowy już “hot-dog ze wszystkim” nie mógłby istnieć 😉 Resztę udało nam się już załatwić na miejscu: przygotowaliśmy szyld imitujący reklamę najsłynniejszej firmy SS Pylsur, a przez okno kuchni podawaliśmy gotowe hot-dogi, za które można było płacić “banknotami” z podobizną Jóna Sigurðssona. Gdyby więc ktoś wątpił w to, że islandzkie hot-dogi mają cokolwiek wspólnego z dniem 17 czerwca, to już tłumaczymy: to właśnie banknotem z podobizną narodowego bohatera Islandii, którego dzień urodzin stał się najważniejszym świętem na Wyspie, należy płacić za islandzkiego hot-doga (bo właśnie tyle, czyli 500 koron, kosztuje :))

Dziękujemy Wam, że świętowaliście z nami. Mamy nadzieję, że do zobaczenia za rok!

pappirsgerd500prgram2017