Jedź, zwiedź i zakochaj się w Islandii

Zakochaj się w Islandii

Kolejne spotkanie z cyklu (tradycyjnie w grochowskiej Kici Koci) poświęcone było wrażeniom Emiliany Konopki, prezeski SKI, z jej całkiem spontanicznego pierwszego wyjazdu na wyspę. Emiliana zabrała ze sobą jako bagaż tylko mały plecak i pluszowego maskonura, na wypadek gdyby nie udało się zobaczyć tego prawdziwego 😉

unnamed (4)unnamed (3)

Wnikliwe miesięczne przygotowania były w zasadzie zbędne, bo Emiliana interesuje się Islandią nie od dzisiaj 😉  Jakiś czas temu ukazał się nawet cykl jej artykułów “Zapiski z podróży nieodbytej”, opisujący krok po kroku – ale bynajmniej nie z autopsji – podróż po atrakcjach Islandii. Relacja ta zawierała pewne (choćby geograficzne) błędy i informacje, które Emiliana miała wreszcie okazję zweryfikować.

Jak przyznała, cała wyprawa stała pod znakiem szczęśliwych splotów okoliczności. Na miejscu było wielu dobrych ludzi, którzy użyczyli miejsce do spania za darmo, zaoferowali transport, a nawet poczęstowali piwem. Pozostało tylko zmierzyć oczekiwania z rzeczywistością. Jak opisuje Emiliana, można to porównać do znajomości z internetu sprawdzonej w realu: czy Islandia poznana dawno temu wciąż istnieje, czy napływ turystów jej nie zniszczył?

unnamed (1)

Wyruszyła więc na zwiedzanie. Kwiecień to co prawda jeszcze nie sezon, ale to bez znaczenia, bo pogoda zawsze jest nieprzewidywalna. Keflavik, lądowanie prawie o północy, zgubienie w drodze do autobusu, opóźniony wyjazd i pierwszy przystanek: hotel Wiking wyglądający jak kościół w Karpaczu. To wzbudziło pewien sceptycyzm. Skąpany we mgle Reykjavik nie był dobrze widoczny pierwszego dnia. Poza opadami i wiatrem pojawiło się jednak sporo zaskoczeń na plus i prawie wszystko się układało dobrze. Panorama Reykjaviku oglądana z Perlanu, nie jak w większości z wieży Hallgrímskirkja. Nietypowe z perspektywy przeciętnego turysty było też zwiedzanie muzeów (nawet z oprowadzaniem!). Galeria Narodowa to w rzeczywistości niewielka ekspozycja.

Niedostatek atrakcji we wnętrzach rekompensuje urok tego, co na zewnątrz, zwłaszcza piękny kolor oceanu. Słynny “szkielet morświna” 😉 podobno okazale błyszczy się w słońcu, ale przy innej pogodzie wydaje się po prostu… srebrny. Harpa to coś, czego przewodnik Emiliany z 2006 r. jeszcze nie uwzględniał, ale z pewnością nie można jej przegapić. Feeria szkiełek jest tak samo piękna od środka, jak i na zewnątrz. Na zdjęciach z miasta przy kolorowych domkach w kadr wchodzą też rozkopane, ciemne, błotniste ogródki i baraki. Przez napływ turystów Reykjavik się zmienia. Oddaje się go turystom, co widać zwłaszcza w obszarze głównej ulicy, gdzie budynki zmienia się i wyburza, żeby zastąpić tradycyjną zabudowę sklepem albo hotelem. Nawet street art nie wydał się aż tak spektakularny jak się spodziewała, choć szare przestrzenie nabierają gdzieniegdzie kolorów.

unnamed (2)

Relacja ze spotkania z grupą Islandczyków uczących się polskiego opisana była już szerzej w poprzednim poście. Warto jednak zaznaczyć, że studenci byli ciekawi i zdziwieni istnieniem Klubu (oczywiście językiem pomostowym w rozmowie był angielski, a nie islandzki ;)) Wieczorne spotkanie z ludźmi z Couchsurfingu było okazją do poznania pierwszego rodowitego Islandczyka, który – wbrew obiegowym opiniom – bardzo dobrze przyjął próby rozmowy po islandzku! Każdy z gości miał swój sposób na podróżowanie (nawet zaplanowane podziwianie zorzy polarnej, czego jak wiadomo zaplanować się nie da). W rozmowie stosunek mieszkańców wyspy do turystów został określony jako “love-hate relationship”.

Już nawet nie sama stolica, ale cała wyspa się zmienia. Być może nieodwracalnie. Śpieszmy się więc podziwiać Islandię, a w tym – jak w przypadku Emiliany – rzeźby ulubionego Einara Jónssona (na których Ultima Thule znajduje się nie na północy, a w samym centrum świata), obrazy, jakie tworzy brat islandzkiego barda Bubbiego, tył kościoła Hallgrimura (który nie jest tak efektowny jak przód) czy widzianego z bliska Damiena Rice’a. Druga z tych atrakcji nie byłaby możliwa gdyby nie spotkanie ze współautorem wydanych niedawno “Szeptów kamieni” – Piotrem Mikołajczakiem. Książka (o której szerzej piszemy tutaj) obala wiele mitów o Islandii i porusza ważne wątki.

Co się jeszcze udało Emilianie na Islandii? Kupno tanio tradycyjnego swetra w Czerwonym Krzyżu, darmowa kawa w galerii, kolejne spotkania z ludźmi, jak np. redaktorką Iceland News Polska (która opowiedziała o sytuacji Polaków na wyspie), odwiedziny w muzeum Halldora Laxnessa (mieści się w willi kupionej zapewne za pieniądze z Nobla :)), skosztowanie Skyru o smaku jagodowym (najpyszniejszy!).

Wśród gorzkich obserwacji wymienić można kolejne przeobrażenia pod wpływem turystów. Tym razem negatywny wpływ na… konie islandzkie. Turyści zatrzymują się bezmyślnie, zastawiając drogę, dokarmiają zwierzęta niewłaściwymi produktami, przyczyniają się do niszczenia ogrodzenia, bo konie, zachęcone smakołykami, chcą wyjść gościom na przeciw. Erupcje gejzerów są krótkie i trzeba czuwać z aparatem, ale za to dostępne wokół gorące źródełka wyróżniają się pięknymi barwami, podobnie jak zielone mchy. Czarna plaża nie jest tak unikatowa jak można by przypuszczać, w końcu ciągnie się kilometrami. Godna zapamiętania była też podróż do Akureyri z szalonymi Hiszpankami. Samochód po skręceniu w boczną drogę rył podwoziem po śniegu, ale szczęśliwie udało się zawrócić. Jazda autem pozwoliła zaobserwować zmiany w krajobrazie na przestrzeni 400 km: od kwiecistej wiosny do srogiej zimy i z powrotem.

Emilianie udało się zobaczyć rybacką miejscowość Akranes (w której naturalnie unosił się zapach smażonej ryby), wulkan Eyjafjallajökull, szklarnie bananów i pomidorów w pobliżu gorącej rzeki Varma w Hveragerði (i przy okazji skorzystać z możliwości kąpieli). Piękniejszy, niż mogła sobie wyobrazić, okazał się słynny wodospad Svartifoss, do którego wiodła kilkudziesięciominutowa droga przez park narodowy Skaftafell. Ostatnie przystanki na Jökulsárlón i Kirkjubæjarklaustur, gdzie mieszka pewna polska artystka, która, mając posadę nauczycielki, może poszczycić się pięknym służbowym mieszkaniem. Wielkanoc udało się mile spędzić w Reykjaviku. Nie udało się za to zobaczyć maskonura, choć gęsi było pod dostatkiem…

unnamed (7)

Na koniec Emiliana jeszcze raz wróciła do przemyśleń na temat przemysłu turystycznego na Islandii. Choć generalnie nie jest aż tak źle, zwłaszcza poza stolicą, to skrytykować można niektóre pamiątki i sklepy szydzące z trudności języka islandzkiego. Islandzka przyroda wciąż stoi otworem i to należy szanować. W przeciwnym razie słuszna i po prostu konieczna może wydawać się strategia podnoszenia cen, służąca temu, aby zachować naturalne walory, dla których turyści tak chętnie na Islandię przyjeżdżają.

Więcej zdjęć i wrażeń na Utulę Thule.

Advertisements

Zapiski z (pierwszej) podróży na Islandię

W dniach 5-16 kwietnia nasza prezeska, Emiliana Konopka, miała okazję po raz pierwszy (sic!) pojechać na wymarzoną Ultima Thule. Jej przygotowania i perypetie z podróży mogliśmy śledzić na utworzonej specjalnie na okazję wyjazdu stronie Utulę Thule.

utulęThule1.jpg

Emiliana miała dużo szczęścia, bo dzięki znajomościom Klubu nie wybierała się na Islandię z poczuciem, że będzie tam kompletnie sama. Przede wszystkim jej 1,5-tygodniowy wyjazd okazał się znakomitym sposobem do zawarcia wielu nowych znajomości z Polakami mieszkającymi na Islandii, a także na spotkanie się z tymi, których od dłuższego czasu Klub Islandzki znał tylko z wymiany mailowej.

Pierwszym i bardzo ważnym przystankiem w islandzkiej podróży Emiliany było spotkanie ze studentami Uniwersytetu w Reykjaviku, zaaranżowanym przez Monikę Sienkiewicz. Jak się okazuje, na Uniwersytecie istnieje dość silna grupa Islandczyków i imigrantów chcących uczyć się języka polskiego! Jak opowiadała mi przy kawie w stołówce uniwersyteckiej, chęć nauki tego “egzotycznego” dla Islandczyków języka wziął się przede wszystkim z tego, że Polacy są bardzo zauważalni na Wyspie. Stąd większość jej kursantów zdecydowała się na zapoznanie z językiem ich partnerów, kolegów z pracy czy przyjaciół. Kiedy weszłam już na ich zajęcia, zobaczyłam przed sobą głównie młode twarze, i to całkiem sporo! Monika uprzedzała mnie, że zajęcia nie są obowiązkowe, a Islandczycy niekoniecznie czują się zobligowani do udziału w dodatkowych wydarzeniach (choć specjalnie zaaranżowała spotkanie w czasie zajęć, na które zapowiedziany był test – z nadzieją, że przyjdzie ich jak najwięcej :)). Podobnie Monika przestrzegła mnie, że Islandczycy nie są skorzy do odpowiadania na pytania czy jakiejkolwiek interakcji. Jak się potem okazało, myliła się!

Miałam okazję przedstawić się (swoim łamanym islandzkim) przed grupą co najmniej kilkunastoosobową, a potem dochodzili jeszcze spóźnieni uczniowie (podobno to też jest dość normalne, że kursanci zaczynają się schodzić tak od 5. minuty zajęć). Już po angielsku, zaprezentowałam im działalność Klubu za pomocą prezentacji i zdjęć, potem dużo opowiadałam o naszych najfajniejszych dokonaniach. Okazało się, że byli bardzo zainteresowani, ale też zdziwieni. Po co w Warszawie taka organizacja, pytali. Szczególnie rdzennym Islandczykom trudno było uwierzyć, że ktoś chce interesować się ich dalekim krajem w Polsce. Nie wierzyli też w to, że wielu Polaków po prostu marzy o przyjeździe na Islandię, niekoniecznie w celach zarobkowych czy czysto turystycznych. Nie tyle chętnie odpowiadali na moje pytania, co zadawali własne, bardzo trudne! Jedna z kursantek poprosiła mnie, abym określiła Islandię jednym polskim słowem. Przyznam, że było to naprawdę trudne! W końcu powiedziałam “niepowtarzalna”, co nie było wcale takie łatwe do przetłumaczenia na angielski, bo uznaliśmy, że “unique” to jednak nie jest to samo. Pytająca stwierdziła, że dla niej Islandię można określić słowem “cicha”. I nawet mieszkający tu od urodzenia się z tym zgodzili.

sdrdav

W następnej kolejności Emiliana spotkała się z Piotrem Mikołajczakiem, współautorem książki “Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, której opis i recenzję możecie przeczytać tutaj. Sama książka, którą udało mi się przeczytać w trakcie lotu z Warszawy do Keflaviku, była świetnym punktem wyjścia do rozmowy o Islandii jej postrzeganiu. Piotr i Berenika, zwiążani z różnymi krajami skandynawskimi i mający wiele wspólnego z turystyką, postanowili stworzyć cykl postów na prowadzonego przez nich bloga IceStory. Z idei postów relacjonujących ich podróże po Wyspie i rozmowy z mieszkańcami tytułowych opuszczonych miejsc zrodziła się ostatecznie cała książka, która nie jest jedynie opowieścią o miejscach, ale przede wszystkim o ludziach. Jak mówił mi Piotr, Islandia znacznie zmieniła się w ciągu ostatnich lat. Rozwijający się sektor turystyczny doprowadził do zmian nie tylko stylu życia (np. trudności w wynajęciu mieszkania w Reykjaviku), jak i samych Islandczyków: wielu z nich chciwie próbuje zarobić na zaistniałej sytuacji na wszelkie sposoby. Nie brakowało jednak w naszej rozmowie refleksji nad skutkami tak wielkiego napływu turystów, jak i zmian w przyrodzie Islandii. O uciążliwych turystach rozmawiałam z Islandczykami i Polakami na Wyspie wielokrotnie i zawsze rozmowa sprowadzała się do dwóch rzeczy: masowego wypróżniania się na łonie przyrody oraz postępującego zawłaszczania centrum Reykjaviku przez usługi hotelarskie i sklepy z pamiątkami.

Spotkanie z Piotrem było dla mnie niezwykle inspirujące. Nie tylko opowiedział mi o swojej Islandii, a ja w wielu miejscach mogłam przyznać mu rację, ale też zabrał mnie na krótką wycieczkę do Reykjaviku. Podjechaliśmy pod Höfði, uroczy dom nad brzegiem oceanu, w którym to Gorbaczow i Reagan spotkali się w 1986 roku, by zakończyć Zimną Wojnę, a także galerię Tollego Morthensa, malarza, brata słynnego Bubbiego. Byliśmy też w Hallgrímskirkja, najbardziej rozpoznawalnym kościele Reykjaviku, oraz w muzeum Einara Jónssona, pierwszego rzeźbiarza miasta i autora największej liczby pomników w Islandii.

IMG_20170407_104201.jpg

Ważnym dla mnie spotkaniem w Reykjaviku było także to z udziałem grupy Polaków mieszkających na Wyspie do kilku, czy nawet kilkunastu lat. Należała do nich Olga Knasiak, autorka bloga Polka na Islandii, na którym opisuje codzienność bycia matką na Islandii, choć podczas naszego piątkowego spotkania w KAFFI VÍNYL przy Laugavegur przyznała, że szalenie cieszy ją wyrwanie się z domu na lampkę wina 😉 To właśnie dzięki Oldze, która zorganizowała nasze piątkowe spotkanie, miałam okazję poznać Martę Niebieszczańską, szefową Iceland News Polska, prężnie działającego serwisu informacyjnego dla Polaków na Islandii. Z tą pełną energii i naprawdę niezwykłą osobą miałam okazję przejechać się na obrzeżach Reykjaviku jeszcze w dniu mojego wyjazdu do Polski. Na szybko pokazała mi miejsca, do których nie dotarłam sama, w tym uroczą Grottę czy dzielnicę willi i dom Björk. Marta i Olga oraz ich przyjaciele, jako imigranci na stałe już wrośnięci w społeczeństwo islandzkie, opowiadali o sytuacji Polaków na Islandii, o ich wzajemnych relacjach i działaniach, które mają zrzeszać ich na obczyźnie. – Dzisiaj jest inaczej, niż lata temu. Młodzi imigranci nie potrzebują takich działań – opowiadała Marta. Rozmawiałam z wieloma Polakami na Wyspie, z różnym stażem i doświadczeniami; miałam wielkie szczęście poznawać jednak głównie takich, którzy naprawdę starali się asymilować z islandzkim społeczeństwem, poznawać język i ludzi. Bardzo cieszę się na działania środowisk takich jak Iceland News Polska czy Projekt Polska, bo usprawniają one też kontakt między Polską a Islandią i są niezwykle ważne dla działań Klubu Islandzkiego 🙂

IMG_20170408_002442.jpg

Kolejne cenne rozmowy miały miejsce już w Akureyri, gdzie spotkałam się z Agnieszką Jastrząbek, która występowała na naszej zeszłorocznej konferencji z tematem o kuchni islandzkiej. I tak się akurat złożyło, że to właśnie u Agnieszki miałam okazję zapoznać się z rodzimymi przysmakami po raz pierwszy na Wyspie. Agnieszka przygotowała mi degustację kilku specjałów, które – w odróżnieniu od słynnego hákarl czy svið, baraniej głowy – są konsumowane przez Islandczyków w ramach diety codziennej. Miałam więc okazję spróbować hatbrauð, czyli słodki chleb islandzki, który – posmarowany pysznym islandzkim masłem – świetnie komponował się z hangiálegg, szybką z baraniny. Druga wersja kanapki składała się z soðið brauð, pieczywa przypominającego pączka z ziołami, oraz mysingur, topionego brązowego sera, który w smaku przypominał solony kajmak. A do tego wielkanocne słodkości i rodzynki w czekoladzie.

Po degustacji Agnieszka zabrała mnie do centrum Akureyri, aby pokazać mi, gdzie pracuje. Była to najpiękniejsza kawiarnia w mieście, Bláa Kannan, rozpoznawalna po niebieskiej wieżyczce, pysznych ciastkach (na zdjęciu sara) i miłej obsłudze 😉 Następnego dnia spotkałam się z Martą Majdą, która – jak się okazało – również pracowała w tej kawiarni, a nawet islandzka telewizja nakręciła o niej materiał, w którym możecie podziwiać rysunki na kawie autorstwa Marty. Marta poczęstowała mnie innym islandzkim daniem, czyli plokkfiskur, zapiekanką z rybą, cebulą i beszamelem. Zarówno dzięki Marcie, jak i Agnieszce, miałam możliwość zapoznać się z realiami życia codziennego w Akureyri oraz sytuacji Polek dzielących swoje życie z Islandczykami. Ich obecność przy kuchennym stole była też dla mnie jedną z niewielu okazji na szczerą rozmowę o turystach czy innych sprawach, które – jak dotąd mi się wydawało – stanowiły dla Islandczyków tabu.

W ramach mojej islandzkiej wyprawy zatrzymałam się także w Kirkjubæjarklaustur na południu Islandii, aby odwiedzić Agnieszkę Weronikę Majkę. Majka uczy islandzkie dzieci plastyki, ale w wolnym czasie robi zdjęcia i maluje. Akurat następnego dnia po moim pobycie w Kirkjubæjarklaustur miała otwierać się wystawa jej prac zatytułowana “Absinthe – Northern Lights”.  To było naprawdę fajne spotkanie przy kawie i polskich Michałkach, gdzie mogłam poczuć zbliżające się święta Wielkanocne – Majka akurat pomalowała już jajka. Sama spędziłam Wielkanoc w przemiłym towarzystwie już w Reykjaviku.

img_20170416_110841.jpg

Na koniec spotkałam się z Agnes Gabríeludóttir, która dołączyła do Studenckiego Klubu Islandzkiego w ubiegłym roku stając się pierwszą niestacjonarną osobą stowarzyszoną SKI z Reykjaviku 🙂 Agnieszka przygotowuje dla nas internetowy kurs języka islandzkiego, którego pierwszą lekcję możecie zobaczyć tutaj. Agnieszka opowiadała mi o studiach w Reykjaviku, bo ukończyła tutaj filologię islandzką. Piłyśmy kawę w knajpie Babalú przy Skólavörðustígur, do której chętnie przychodziła w czasach studenckich. – Kiedyś było tu bardzo spokojnie, słyszało się niemal wyłącznie język islandzki. – powiedziała. – A teraz, sama widzisz. Wokół nas siedzą sami turyści. 

Jak wygląda Islandia w kwietniu? Przede wszystkim turyści napływają, ale nie ma ich jeszcze tak wielu. Krajowa jedynka przejezdna, główne atrakcje da się jeszcze sfotografować bez konieczności czekania, aż głowy gapiów znikną z kadru. Na pewno w ciągu niespełna dwóch tygodni nie udało mi się zwiedzić Islandii naprawdę, ale jedno jest pewne: nie zawiodłam się. Islandia przyciąga jak magnes, o tym mówiło mi wiele osób. I na pewno wkrótce tam wrócę.

Dziękuję wszystkim polskim elfom, bez których mój wyjazd na Islandię nie byłby taki udany! Takk fyrir i do zobaczenia!

IMG_20170415_080915.jpg

Emiliana Konopka

Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii – jedna z najlepszych książek o Islandii?

szepty_500px

 

,,To kraj kompletnie inny niż wszystkie, dający złudzenie, że niemożliwe jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko ominąć zakręt, tablice informacyjne z przyklejonymi do nich turystami i już się jest”. Rzucić wszystko. Zerwać więzy łączące z przeszłością, włożyć porządną kurtkę i być. Tutaj, na Islandii. Gdzie problemy są mniejsze, poczucie wolności aż rozpiera, można zdjąć nogę z hamulca. I Djupavik. Kiedy już się tam dotrze, wydaje się, że to wszystko tu jest. A nawet więcej bo opuszczone budynki na Islandii to coś, co na stałe wtopiło się w krajobraz”.

To zaledwie skrawek opowieści Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka – autorów bloga IceStory, których pomysł opisania w sieci 21 najciekawszych opuszczonych miejsc na Islandii przerodził się w książkę.

,,Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii” to podróż szlakiem opuszczonych budynków – domów, fabryk, farm, czy ruin, od tych słynnych, po takie, którymi nikt wcześniej się nie interesował.
Autorzy przemierzają słynną krajową jedynkę, zbaczając do miejsc, gdzie turystom, a nawet samym Islandczykom trudno dotrzeć. Idą jednak o krok dalej – historię tych miejsc poznają z ksiąg stowarzyszenia opuszczonych gospodarstw na Islandii, a także dzięki samym mieszkańcom Wyspy – świadkom wielu przełomowych wydarzeń. Są wśród nich artyści, migranci, duchowni, czy po prostu napotkani turyści.
W książce znajdujemy opowieści o opuszczonych miejscach, a tak naprawdę o ludziach i samej Islandii. Opuszczone fabryki, domy opowiadają historię – nierzadko trudną, przepełnioną żalem, tęsknotą, ale i wdzięcznością za to, co tu i teraz.
Berenika i Piotr udowadniają nam, że dzieje Islandii zataczają koło – od wypraw śledziowych przez kryzys w 2008 roku kończąc na teraźniejszości. Każde wydarzenie, każda historia buduje nowy rozdział w życiu mieszkańców Wyspy.
Nieustannie widzimy jak krajobraz się zmienia. W tym miejscu należy pochwalić autorów za nieszablonowe, ekspresyjne opisy pokazujące potęgę przyrody. W trakcie czytania mamy wrażenie jakby to ona kierowała biegiem wydarzeń i była odpowiedzialna za losy ludzi i opisywanych miejsc. Niezależnie od położenia wszystkie opowieści łączy ten właśnie element.

Podróż rozpoczyna się od Fiordów Zachodnich – najmniej odkrytych i przez to najbardziej intrygujących. Poznajemy tajemnicę Djúpavíku – jak z tętniącego życiem miejsca stał się ponownie opuszczonym zakątkiem, gdzie docierają tylko nieliczni.
Dowiadujemy się co Baskowie mają wspólnego z Islandczykami, a także co Islandczycy myślą o narastającej liczbie turystów i jak zmieniło się ich życie po kryzysie. Opowieści są bardzo autentyczne, przepełnione emocjami i wspomnieniami najważniejszych momentów. Berenika i Piotr nie szczędzą rozmówcom zadawania osobistych i niewygodnych pytań, na które wbrew pozorom zawsze otrzymują odpowiedź.
Następnie przenosimy się na południe Wyspy, a tym samym czytamy jak erupcja wulkanu zmieniła życie mieszkańców Vestmannaeyjar i jaką historię opowiadają opuszczone tam miejsca. Tym szlakiem spotykamy wiele interesujących osób przekazujących kolejne opowieści – od kucharza reprezentacji Islandii, po parę migrantów z Polski i pastora zamieszkującego wschodnią część kraju. Poznajemy
też kontrowersyjne oblicze huty aluminium, która na zawsze zmieniła życie mieszkańców Wyspy.

,,Szepty Kamieni. Historie z opuszczonej Islandii” to tak naprawdę historia całego kraju i zamieszkujących w nim ludzi. Choć każdy budynek, farma czy opuszczony dom ma inną przeszłość, wszystkie mniej lub bardziej są wynikiem kluczowych momentów dla wszystkich Islandczyków.Za głosem jednego z rozmówców: ,,Jeśli dane miejsce jest opuszczone to dzieje się tak z jakiegoś powodu”.
To pozycja obowiązkowa dla wszystkich zafascynowanych Islandią. Dla tych, którzy ją znają może być doskonałym pretekstem do ponownej podróży szlakiem autorów, a dla dopiero rozpoczynających swoją przygodę z tym krajem idealnym wstępem do zrozumienia Islandczyków i ich historii.
Książka ma bardzo przemyślaną fabułę i opiera się na wiarygodnych źródłach- zapiskach z ksiąg stowarzyszenia opuszczonych miejsc i wielu świadków, którzy sami starali się tchnąć życie w pozostawione ruiny.
Opowieść czyta się jednym tchem, od miejsca do miejsca wyczekując kolejnych historii. To pozycja, która zaskoczy nie tylko amatorów islandzkich tematów, ale i dłużej wiernym Wyspie miłośnikom. Książka poszerza postrzeganie tego kraju i pozwala lepiej go zrozumieć.

Z całą pewnością ,,Szepty kamieni” znajdą się na mojej półce pośród ulubionych pozycji o Islandii. Gorąco polecam!

Marlena Pilch

Więcej o książce przeczytacie u wydawcy, a jej oficjalna premiera to 24 kwietnia!