W poszukiwaniu białych nocy

Ponad 100 lat temu parowiec “Oceana” wyruszył w letnią podróż po Morzu Norweskim. Zawinął do portu w Norwegii, na Wyspach Owczych, Spitsbergenie i Islandii.  Pasażerowie tego statku, a także widoki, jakie mogli podziwiać, ciesząc się białymi nocami, zostały uwiecznione na fotografiach stereoskopowych z lat 1905-1908.  Wystawa w Fotoplastikonie Warszawskim daje szansę obejrzenia tych zdjęć i tym samym odbycia podróży w czasie, po dalekiej północy.

Na wernisażu wystawy “W poszukiwaniu białych nocy” (31 stycznia) zjawił się m.in. ambasador Norwegii Karsten Klepsvik, honorowy konsul Islandii Bogusław Szemioth, przedstawiciel Towarzystwa Polsko-Norweskiego Dariusz Geller i oczywiście my – członkowie SKI. Była to więc doskonała do spotkania towarzyskiego i wymiany uwag niemal “na szczycie”;-)

16426325_752945324853779_510297820_n

Jak się okazuje, norweskie fiordy, farerskie wioski rybackie czy niektóre części Reykjaviku, nie zmieniły się tak bardzo w ciągu przeszło stulecia. To miejsca wciąż świetnie rozpoznawalne. Z punktu widzenia współczesnego widza szczególnie urzeka fragment dawnej rzeczywistości, jaki można zaobserwować: stroje (zwłaszcza eleganckie suknie kobiece), praca przy rybach w porcie, czyszczenie ubrań w gorących źródłach, ruch na ulicach miast i wsi, domki, które w większości stoją w tamtych miejscach do dzisiaj.

Fotografie mają niesamowity klimat, są idealnie zachowane i z pewnością nieczęsto można oglądać podobne zapisy z przeszłości – i to przez stereoskop. Polecamy wybranie się w tę podróż! Wystawa trwa do 25 lutego.

unnamed-1unnamed-2unnamed-3unnamed-416425833_742996009184041_5497779433009407827_n

Advertisements

SKI patronuje wystawie “Nieuchwycenie stanu”

27 stycznia w katowickiej Galerii Sztuki Współczesnej BWA miało miejsce otwarcie wystawy “Nieuchwycenie stanu” Hanny Sitarz – absolwentki ASP w Katowicach. Artystka poprosiła SKI o objęcie patronatu nad wystawą. Oczywiście nie mogło zabraknąć kogoś z nas na wernisażu!

Powody do objęcia patronatem tej wystawy były co najmniej dwa. Po pierwsze Hanna Sitarz była jedną z prelegentek zeszłorocznej konferencji “Islandia. Geografia. Kultura.Społeczeństwo”. Mówiła tam o języku islandzkim, jego puryzmie i poezji islandzkiej. Po drugie okazało się, że język islandzki był też jednym z “eksponatów” jej dyplomowej wystawy, koncentrującej się właśnie wokół słowa i jego wzajemnej relacji z obrazem.

“Nieuchwycenie stanu” to wystawa, którą trudno uchwycić w słowa 😉 Artystka podpisałaby się pewnie pod tym stwierdzeniem, bo – jak sama przyznała na otwarciu – “Nie chciałabym opowiadać o tej wystawie. Chciałabym, że mówiła ona sama za siebie”.

Dla przybliżenia przytoczymy jednak fragment opisu z materiałów prasowych:

Wystawa ma charakter instalacji site-specific i pomyślana została jako „laboratorium”, w którym artystka, korzystając z różnorodnych środków wyrazu, bada oblicza języka: poddaje w wątpliwość oczywistość znaczenia słów, barwnym obrazom odbiera kolor, poprzez ukazanie ich w monochromatycznym świetle, pozbawia słowa liter lub wyrzuca z siebie bezładnie echolaliczne wypowiedzi.

Na wystawie można więc na przykład zapoznać się z instrukcją wyartykułowania hebrajskiej litery alef. Problem z alef jest jednak taki, że nikt tej litery wymówić nie potrafi: nie przedstawia ona żadnego dźwięku.

unnamed-7

Zawartość większości instalacji językowych wydaje się z pozoru przypadkowa, jak np. porozrzucane na środku sali kartki z krótkimi zdaniami w rodzaju “Właśnie marzyłem o kosmosie”. Albo, jak w pracy “W człowieku jest mało miejsca na wszystko”, zapisane ołówkiem ciągi powtarzających się wyrażeń na krawędziach wokół ubytków lub pęknięć farby na dwóch ścianach galerii (np. “mały brzuszek”). Podobnie z pozoru przypadkowy wydaje się dobór wyrazów – obiektów 3D w  pracy “Unicestwienie dystansu”. Urzeczowione zostały słowa takie jak “zabawa”, “ironia”, “samotność”. Różnorodne przejawy rzeczywistości po nazwaniu sprowadzone zostają właściwie do jednego – do słowa.

Nieprzypadkowy i od razu zrozumiały jest za to zestaw słów przylepionych na ścianie w pracy pt. “Banie się  – układa się bowiem w zdanie “otyłości oślepnięcia obsesji boje się wielu rzeczy na o”. Spodobała nam się pewna lekkość tej pracy, bardziej bezpośrednie nawiązanie relacji z widzem. Po przeciwnej stronie artystka przylepiła ciąg wyrazów niezwiązanych ze sobą, czytanych niepozornie w trakcie przechodzenia obok. Zawierają w sobie jednak pewną moc, która każe się nawet na chwilę zatrzymać i – być może – odkryć ich element wspólny. Choćby wrażenie tego, co przywołują w nas te pewne niepozorne słowa na “o”, kiedy zabierzemy z nich tę pierwszą literę.

unnamed-20

unnamed

unnamed-9

Bardzo sugestywne są obrazy olejne Hani – krwisto czerwone portrety. Można odnieść wrażenie, że patrzy się na zepsute, rozmyte, zrobione w niedostatecznym świetle monochromatyczne zdjęcia. Jakby ktoś za wszelką cenę chciał zatrzymać chwilę, moment, ale złapał je już w  trakcie ucieczki albo nieudolnie, bo w zbytnim pośpiechu. Przez ciemną czerwień przebija nuta smutku, żalu za czymś co być może zostało utracone, z czym mogą się wiązać nawet bolesne wspomnienia.

unnamed-6

Efektowny jest ruchomy neonowy napis  – instalacja “Ciało drży”, a przejmująca – praca dźwiękowa “Stary chłopiec”, w której dziecko wypowiada ostatnie wersy “Płonącej żyrafy” Stanisława Grochowiaka.

W zbiorze tych eksponatów swoje miejsce, i to na trzech ścianach, miała też Islandia. W obrazowo-słownej pracy pt.”Bergmálstal” (po islandzku “Echolalia”). Cykl 32 fotografii  z podróży na Islandię, które były zapisem tego, co w jakiś sposób zaintrygowało artystkę. Na ścianach obok przyczepione były  karteczki z przełożonymi dosłownie na polski wyrażeniami islandzkimi i krótkim wyjaśnieniem ich sensu. Część, jak np. “naprzód z masłem” (do roboty, koniec obijania) już znaliśmy, a część wydała się zupełnie nowa.

unnamed-19

unnamed-16

unnamed-11

Hania opowiedziała nam krótko o tej pracy:

Zaczęłam na własną rękę, korzystając z ogólnodostępnych translatorów, tłumaczyć różne islandzkie słowa. Czasami to znaczenie nie było takie oczywiste i trzeba było dotrzeć w poszukiwaniach trochę głębiej. Kiedyś wpisałam tę “echolalię” w translator,  wyszło bergmálstal, czyli  “język ukryty w skałach” i oniemiałam. To pierwsze słowo, które zaczęło mnie fascynować, później dotarło do mnie “złodziej spokoju” na oznaczenie dzwonka telefonu. To było dla mnie niesamowite, że Islandczycy odgrzebują te stare sagi, żeby dać pewnym nowym zjawiskom swoje własne, inne nazwy. Nazwy, które u nas są abstrakcyjne tam są bardzo osadzone w życiu. Np. anoreksja to “dumny apetyt” – jak ktoś jest chory, to widać w tych słowach takie ludzkie, rozumiejące wręcz podejście do tego. Na Islandii fotografowałam rzeczy, które powodowały u mnie reakcję “O co tu chodzi?”. Zdjęcia miałam już zrobione, a badaniem języka zajęłam się później i pewne rzeczy zaczęły mi po prostu do nich pasować, jednak celowo tytuły dobrałam tylko do dwóch fotografii. To szło równolegle i działo się na zasadzie przypadku, jak ta sfotografowana ósemka zjadana przez ludzką głowę na ścianie jednego z budynków – bardzo skojarzyła mi się z “cyklem chciwości”, islandzkim określeniem na bulimię.

Z  islandzkiego “matka światła”oznaczającego położną wziął się też tytuł i koncepcja innej pracy  na wystawie – zbioru fotografii rodzinnych (matki i babci autorki) nałożonych na zdjęcia widoków z Islandii, sugestywnie podświetlonych w pewnych miejscach delikatnym księżycowym światłem.

unnamed-2

Można było zauważyć, że te islandzkie prace, w odróżnieniu od w większości refleksyjnych eksponatów, bawiły publiczność. Nam cała wizyta na wernisażu dostarczyła wielu pozytywnych wrażeń i radości, że obejmując patronat nad wystawą, mogliśmy być w pewien sposób częścią sukcesu Hani. Polecamy wybranie się do BWA w Katowicach na “Nieuchwycenie stanu”, jeszcze do 26 lutego!

unnamed-17

na zdjęciu: autorka wystawy, Hanna Sitarz, i “korespondentka” SKI, Kasia Petruk.